Świadectwa z rekolekcji „Revolution of Love” (27.02 – 01.03.2015)

Zawsze należałam do grupy osób, które niezbyt przykładały się do wiary. W moim gronie znajomych znalazłaby się może z jedna osoba regularnie chodząca do kościoła. Mnie takie rzeczy zwyczajnie nudziły, monotonia mnie dobijała, bo jedyne co się zmieniało w mszach to kazania. Do rekolekcji zachęcił mnie ks. Marek Wiśniewski. Stwierdziłam, że „wytrzymam” te trzy dni. Nie spodziewałam się tego, co się wydarzy. Dzień przyjazdu był najgorszy. Byłam bliska rozpłakania się. W dodatku zasady tu panujące i brak zasięgu (telefon jest mi zawsze potrzebny). Drugi dzień to samo. Katechezy takie same jak w szkole itd. Zrobiło się ciekawiej, kiedy usłyszałam, ze dzisiejszej nocy mogą dziać się cuda. Doczekałam się wreszcie tego momentu – modlitwy wstawienniczej. Po niej tak właściwie zrozumiałam sens tego wyjazdu. Wszystkie te katechezy sprawiły, że moje życie religijne obróciło się do góry nogami. Zaczęłam spostrzegać inaczej wszystko. Zacznę bardziej przeżywać Msze Święte. Dotychczas nie do końca wierzyłam w Jezusa. Nie wiedziałam po prostu, co o tym myśleć, ale kiedy po modlitwie wstawienniczej był czas na rozmowę z Panem Bogiem, poczułam ciepło w sercu. Rozpłakałam się, gdy żywy Jezus w Najświętszym Sakramencie przechodził kolo mnie, kolo moich znajomych. Zawsze byłam twarda, rzadko zdarzało mi się płakać, tym bardziej przy innych, ale tego nie dało się powstrzymać. W czasie powrotu do domu czułam spokój ducha i byłam szczęśliwa. Może to i brzmi trochę tradycyjnie, bo w końcu cały czas słyszymy takie historie, ale trzeba by  tam być, żeby to zrozumieć. Z chęcią pojechałabym jeszcze na takie rekolekcje, ale z pewnością nie czułabym się tak samo jak podczas pierwszego razu. Polecam gorąco taki wyjazd wszystkim, a w szczególności osobom, które chciałyby doznać tego super spotkania z Jezusem, jakiego doznałam ja. Tego nie da się opisać, to trzeba przeżyć :)

Na rekolekcje prowadzone przez Wojsko Gedeona trafiłam przypadkiem.  To był bardzo dobrze spędzony weekend. Na początku nie było kolorowo, jak robiliśmy przysiady.  Ale z czasem zrobiło się na prawdę fajnie. Podczas modlitwy z oddaniem swojego życia Panu Jezusowi wybaczyłam jednej osobie. Poczułam się lepiej. A na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem czułam obecność Jezusa między nami. To był wspaniały wyjazd i nie żałuję, że pojechałam. Chciałabym jeszcze raz spędzić taki weekend.

Te rekolekcje były naprawdę wyjątkowe. Przyjechałam tu niczego nieświadoma. Zawsze myślała, że mam Boga w sercu, że jestem otwarta na niego. Myliłam się. Zawsze lubiłam chodzić do Kościoła, uczestniczyć we wszelkich obrzędach. Uwielbiałam każde święta związane z Kościołem, z moją wiarą. Zmieniło się to, kiedy poszłam do klasy 3 gimnazjum. Zostało mi narzucone każde obchodzenie świąt, spowiedź po której nie czułam się wyjątkowa jak zwykle. Odechciało mi się chodzić do Kościoła. Szłam, bo było mi nakazane. Z każdym wstaniem o ósmej rano w niedziele rządziły mnie myśli: „ Boże, czemu? Przecież tak lubiłam, a teraz?! Kiedy nadszedł ten upragniony piątek, czas rekolekcji, byłam strasznie podekscytowana i nie oczekiwałam cudów. A jednak. Będąc już na miejscu z lekka byłam przestraszona pewnego rygoru. Lecz to wszystko zmieniło się w sobotnie popołudnie. Ta magia zabaw, modlitw, katechez zmieniła wszytko. Zaczęło się małymi kroczkami, właśnie od tego. Będąc po wieczornej mszy poszłam wraz ze swoją wspaniałą grupą i animatorką Anulką na tak zwane ‚przyjęcie Jezusa jako Pana i Zbawiciela’. Tam stała się rzecz niezwykła. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się tego –  Bóg przemawiał przez księdza, który mówił rzeczy tyczące się dokładnie mnie. W sumie przestraszyłam się, ale poniekąd cieszyłam się, że On naprawdę istnieje. I że animatorzy są wspaniałymi ludźmi, którzy wspierają na duchu po tym wszystkim. Odczułam naprawdę coś wyjątkowego w sercu, czułam się lżejsza. Chciało mi się śpiewać, tańczyć, skakać z radości. Czułam, że mnie rozpiera w środku. Pierwszy raz płakałam przy modlitwie, nauczyłam się dzięki temu modlić nie tylko pacierzem ale i podziękowaniem, prośbą, i piosenkami. Po wczorajszym powrocie z Popowa, pół wieczoru przepłakałam przez oto właśnie taką modlitwę. Było cudownie. Naprawdę. Cały czas mam ochotę śpiewać piosenki uwielbiające Pana. I za to dziękuję. Mam nadzieję, że jeszcze tam wrócę. Dzięki za wspaniałą atmosferę. I chwała Panu!