Od dziecka nie lubiłam chodzić do kościoła, bo mnie rodzice budzili na najwcześniejszą mszę, bo o 9:15 były pełne ławki, mnóstwo ludzi po bokach stało, więc jeździliśmy rano żeby spokojnie usiąść. Na lekcje religii w podstawówce nie lubiłam chodzić za bardzo, bo pani oceniała chodzenie do kościoła, dzieliła nas na gorszych i lepszych, co było widać na pierwszej komunii.

Kiedy się zmienił proboszcz też nie przepadałam za chodzeniem do kościoła, bo nie trafiały do mnie jego kazania, z resztą chyba jak do większości moich domowników.

Po śmierci Mariusza (mojego kolegi) to  załamałam się, ale modliłam się i chodziłam do kościoła dla niego a nie dla siebie. Jak się modliłam w domu to też za niego i mojego znajomego, który cierpi z powodu bólu nogi. Nie chciałam o nic prosić Boga, skoro wcześniej miałam Go gdzieś. Na rekolekcje miałam chęć jechać od początku, bo chciałam spotkać się ze znajomymi. Na początku mi się nie podobało przez ten rygor wprowadzony przez księdza Bogdana, ale jak słuchałam tych katechez to mnie wciągnęły. Chyba byłam pierwszy raz w życiu na Mszy, bo rzeczywiście tego potrzebowałam. Wcześniej chodziłam, bo chodziłam. Jak popatrzyłam na tych wszystkich ludzi z Modlina, jak oni wierzą, jak przeżywają tę Mszę, jak animatorzy składali swoje świadectwa to byłam w szoku. Kiedy Kapłan z animatorami modlili się nade mną to nie prosiłam o nic Boga, tylko żeby opiekował się Mariuszem. Pierwszy raz chyba się cieszyłam, że przyjmuję Jezusa, a nie jakiś opłatek.

Co się zmieniło? Czekam z utęsknieniem na Mszę świętą, nie przeklinam, nie obgaduję, staram się modlić swoimi słowami, dziękować za wszystko co mam, Staram się również trzymać się tej obietnicy, która podpisałam i zaczęłam bardziej wierzyć w miłość Jezusa i Boga do mnie. Może nie wiele ale to wszystko.

Pochodzę z katolickiej rodziny, gdzie priorytetem jest religia, kościół. Przyznam szczerze, nigdy nie utożsamiałem się z tym, w co wierzyli ludzie z mojego najbliższego otoczenia, nie lubiłem kościoła. Chodziłem do niego, gdyż ,,kazano”. Pierwsza komunia, spotkania, rozmowy, śmiech, poczucie wiary w skali od 0 do 10 ….0,5. Identyczna sytuacja druga komunia spotkania i to samo zachowanie. Wszystkie najważniejsza święta dla mnie były tylko odwiedzeniem rodziny, pójściem do kościoła, na cmentarz z przyzwyczajenia, bo wszyscy szli. I tak od kilku lat wciąż to samo, nawet śpiewanie kolęd podczas wigilii było dla mnie żenujące, głupie – Po co? Na co to komu? Takie pytania pojawiały się w mojej głowie. Moja modlitwa wyglądała jak wyklepanie kilku słów z pamięci, czasami nawet po upływie 2 minut już nie pamiętałem, o czym myślałem. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że często udawałem bardzo wierzącego człowieka przed znajomymi, rodziną…  Jak tak teraz nad tym pomyślę, robiłem to dla swego rodzaju ,,szpanu’, uważałem to za fajną postawę, choć w sercu nie miałem Jezusa , Boga, niczego. Po zmienieniu szkoły na liceum spowodowaną oczywiście ukończeniem gimnazjum, zobaczyłem kilka osób z krzyżykiem na szyi, pomyślałem kurde, ale cool, też chcę mieć. Wreszcie kupiłem, wisiał on na mojej piersi ,,samotny” z przedmiotowym znaczeniem dla mnie. Fajnie się wyglądała, nic więcej.

Momentem przełomowym w mojej wierze chyba było pojawienie się w parafii nowego wikarego. Patrząc na niego widziałem coś co pociągało mnie, aby pójść do kościoła. Był tak naprawdę pierwszym księdzem, którego kazania zaczęły wywierać na mnie jakieś piętno. Przygotowywał on grupę, w której się znajdowałem, do bierzmowania, wkrótce się dowiedziałem, że cała grupa ma jechać na rekolekcje do Popowa. Pomyślałem, fajnie spotkam się z kumplami, coś ciekawego porobimy.  Już pierwsze chwile na rekolekcjach były dla mnie czymś w stylu ,,nieee to nie to, jadę do domu”. Lecz stała się rzecz dla mnie osobiście dziwna, już po pierwszym spotkaniu zaproponowano nam wyłączenie telefonów w celu skupienia się w 100 % na sferze duchowej. Pojawiła się wtedy w mojej głowie silna wola  spróbowania tego. Telefon poszedł OFF. Początek był trudny, wstydziłem się śpiewać, gestykulować swoją wiarę na katechezach. Jednak z upływem czasu coś się zmieniło. Kiedy widziałem, jak animatorzy wyznają swoje świadectwa, jak inne grupy rekolekcyjne pokazują swoją wiarę, pomyślałem, jak fajnie by było tak potrafić. Ważnym etapem w mojej przemianie była spowiedź, stwierdziłem, że muszę oddać ten ,,wór” Bogu.  Następnie było wystawienie Najświętszego Sakramentu, modliłem się wtedy bardzo, adorowałem Go. Już wtedy czułem, że moje serce otwiera się na Boga. Zdecydowałem się zapisać na nocne czuwanie przy Najświętszym Sakramencie i była to chyba jedna z lepszych decyzji w moim życiu, zaraz po decyzji przyjechania na te rekolekcje. Podczas 7 godzinnego adorowania, modliłem się, odmawiałem różaniec, czytałem Pismo Święte. Z natury jestem osobą, która nie potrafi usiedzieć w jednym miejscu ….. mijała jedna godzina, druga, trzecia, czwarta, a ja tam nadal byłem pełen spokoju i wiary. Ważną sprawą dla mnie były również spotkania w grupach w pokojach, wtedy po raz pierwszy otworzyłem się przed ludźmi i opowiedziałem jak ja widzę wiarę. Świetnym czasem była również modlitwa księdza wraz z animatorami nade mną , wtedy również poczułem wielką obecność Boga , momentami aż zapierało to dech.

Dzięki tym rekolekcjom stałem się szczęśliwym człowiekiem, pełnym wiary i miłości do Boga. Teraz już krzyżyk, czy modlitwa mają dla mnie WIELKIE znaczenie duchowe. Codziennie odmawiam modlitwę, czytam Pismo Święte, odmawiam różaniec, czekam zniecierpliwiony pierwszej Mszy po rekolekcjach. Kocham Pana i nie wstydzę się tego .
CHWAŁA PANU!

 

W Wojsku jestem od około dwóch lat, jednak za każdym razem, po każdych rekolekcjach gdzieś się gubię, coś mnie przerasta. Zawsze mam ten sam problem – nie chcę o nic prosić Boga, bo nie chcę skupiać na sobie jego uwagi, modlę się za innych, nie za siebie, zawsze żyję z myślą „poradzę sobie sama, to moje życie, moje problemy, nie chcę go tym obarczać”. I tak właśnie sobie żyję i za każdym razem upadam pod ciężarem mojego „worka”. Ale głupio mi się wtedy zwrócić o pomoc, głupio mi powiedzieć „Boże byłam taka naiwna, pomóż bo bez Ciebie nie dam rady”. Wciąż gdzieś sie gubię i boję się wrócić, bo obawiam się, że nikt nie będzie na mnie czekał. Dlatego tak bardzo ciągnie mnie na każde rekolekcje Wojska Gedeona, to tam przypominam sobie, że Bóg nie kocha mnie za coś, że kocha mnie od tak, po prostu i że kochać będzie zawsze. Najpiękniejszym doświadczeniem tych rekolekcji była dla mnie modlitwa wstawiennicza, ponieważ na początku, gdy słuchałam jak animatorzy i Ksiądz dziękują Bogu za mnie, za to że jestem, za moje talenty o których wciąż zapominam, jak modlili się o moją wiarę i wytrwałość bardzo się wzruszyłam i czułam jak wszystko ze mnie ulatuje zostawiając miejsce dla Boga, czułam jak mnie wypełnia. Uwieńczeniem modlitwy wstawienniczej było moje oddanie swojego życia Jezusowi Chrystusowi.
Za ten piękny czas, wspaniałe chwile i wyjątkowych ludzi CHWAŁA PANU!

”Kinga”

Podczas rekolekcji miało miejsce kilka zdarzeń, które dla mnie miały znaczenie: WIELKIE, z którymi nie potrafiłam sobie poradzić na dany moment i mniejsze, ledwie niezauważalne. O co chodzi…?
Fajną moc miały grupki dzielenia. Pytania, które były nam stawiane naprawdę zmuszały do refleksji i zastanowienia. Odpowiedzi, które się nasuwały na sam początek okazywały się nie być wystarczające, bo były płytkie. Każde pytanie miało sens, przekaz i uświadamiało, to co przeżywaliśmy, to co miało miejsce na tych rekolekcjach.
Pierwszym momentem, który mnie złamał była sytuacja, gdzie leżeliśmy wszyscy krzyżem na podłodze, a księża wokół nas chodzili i robili znak krzyża na czole. Piosenka w tle bardzo ładna, podłoga zimna. Czekam. I jest. Moment naznaczenia. Po kilku sekundach ogarnia mnie straszliwa chęć płaczu, łzy zaczynają mi się wydostawać kącikami oczu i przeraźliwa chęć „ryczenia”, aż podbijało do szlochu. Byłam zdziwiona, bo nie wiedziałam o co chodzi, skąd, jak, dlaczego?
Kolejna sytuacja, którą mocno przeżyłam, to moment po spowiedzi świętej (sama spowiedź też), gdzie trzeba było wbić gwóźdź w krzyż. Przystawiłam gwóźdź podniosłam młotek i nie mogłam tego zrobić, oczy mi zaszły mgłą, płakałam, nic nie widziałam. Zrozumiałam, że każdy mój grzech jest takim uderzeniem młotkiem… siły mi wystarczyło na trzy czy cztery delikatne uderzenia. Potem uklękłam przed wizerunkiem Jezusa i Go przepraszałam za każdy mój grzech, który Go przytwierdza do krzyża, zadaje Mu ból. Do tego momentu na szczęście byłam sama w sali ale zaczęli przychodzić inni uczestnicy i jeszcze bardziej mnie dołowało to, że im przychodzi to z wielką łatwością, „wbić gwóźdź”…
Wbrew oczekiwaniom, nie ruszyło mną aż tak mocno podczas momentu wylania Ducha Świętego. Denerwowałam się jedynie na siebie: dlaczego nic nie czuję…? Jedynie delikatne dreszcze mnie przechodziły. Uważałam, że będzie to siła, jakiej nigdy nie doznałam, coś co mnie uskrzydli, coś co da stokrotnie większą wiarę, objawienie. Niestety, nic z tych rzeczy. Poprosiłam o łaskę umiejętności podejmowania decyzji, zgodnych z wolą Pana…
Niedziela, miałam bardzo mocne przeczucie, że słowa, które były wypowiadane podczas kazania były skierowane do mnie. Dokładnie chodziło o historię o zepchniętej krowie. Odniosłam wrażenie, że moja prośba o łaskę podczas wylania Ducha Świętego jest bardzo mocno związana z tą historią. Aby tak naprawdę zmienić swoje życie potrzeba jest zmienić, zamknąć niektóre swoje przyzwyczajenia, a może nawet wszystkie… kompletnie zmienić swoje życie. Kolejne takie odczucie miałam podczas świadectwa Bernadety. Niejako jej „poprzednie” życie mogę porównać do swojego. Może to był kolejny znak, co dokładnie mam zmienić w życiu i co daje ta przemiana (dzięki właśnie temu świadectwu).
Niektóre zmiany są podjęte, ale jeszcze bardzo wiele przede mną. Na chwilę obecną wiem, że to nie są moje ostatnie rekolekcje. Czuję, że uzależniają! CHWAŁA PANU!


Komentarze 0

Żeby dodać komentarz bez logowania musisz podać nazwę użytkownika i e-mail

Back to top